A A A

Racje świeckie

Chciałabym zauważyć, że zabieg usunięcia ciąży stał się pewnym faktem społecznym o dużej tradycji. Ta społeczna faktyczność może być rozumiana rozmaicie. Oto przykłady tej rozmaitości. Nagromadziło się wiele argumentów (także i pragmatycznych) uzasadniających dokonywanie zabiegu. Jednym z nich jest przekonanie, że kobieta nie byłaby w pełni podmiotem, osobą mogącą rzeczywiście decydować o swoim losie, gdyby nie istniała możliwość usunięcia niepożądanej ciąży. Problemu tego nie da się rozwiązać na gruncie moralności czy teologii. Albowiem jedynym rzeczywistym sprzymierzeńcem owej w pełni podmiotowej kobiety jest niewątpliwie nauka i jej dążenie do wynalezienia pewnych środków antykoncepcyjnych.

Pewnych, to znaczy takich, których stosowanie, dając kobiecie swobodę erotyczną, nie niwelowałoby możliwości przyszłego macierzyństwa i nie zagrażałoby ani zdrowiu ewentualnego potomstwa, ani też zdrowiu kobiety. Dopiero naukowe osiągnięcie, jakim byłoby wynalezienie takich środków i zapewnienie ich powszechnej dostępności, mogłoby w sposób zadowalający wyeliminować z i tak już skomplikowanego życia współczesnych kobiet problem usuwania ciąży. Dopóki jednak środki te nie zostały rzeczywiście wynalezione, usuwanie ciąży pozostaje problemem społecznym i co za tym idzie — problemem moralnym.

Mam ambicję przedstawienia tu całkowicie niereligijnego spojrzenia na kwestie związane z decydowaniem o tym, czy będę, czy też nie będę matką. Chciałabym się zastanowić, jakiej wiedzy, wiedzy właśnie, a nie przekonań moralnych, trzeba wymagać od kobiety, aby jej decyzję można było uznać za całkowicie kompetentną. Otóż wydaje się, ujmując sprawę możli-wie najbardziej nienaukowo i zarazem nieteologicznie, należałoby wymagać, żeby na taką decyzję nie wpływały wyłącznie względy utylitarne, żeby poprzedziła ją głęboka autorefleksja. Autorefleksja zaś nie może jedynie odpowiadać na pytanie: Czy ja chcę mieć dziecko? Powinna także odpowiadać na pytania dotyczące mojego stosunku do świata, tego, co uważam za swoją wobec niego powinność. Jak dalece czuję się na siłach decydować o życiu drugiego człowieka? Jaki jest mój emocjonalny stosunek do nie narodzonego dziecka? Jak i na ile odbieram swoistą rolę życiową, jaką jest rola matki? Niewątpliwie też każda rozważająca tę sprawę współczesna kobieta musi uświadamiać sobie całe ryzyko macierzyństwa i podejmować decyzję, przezwyciężywszy pewien całkowicie naturalny strach. Aby ów strach pokonać, trzeba mieć głębokie poczucie słuszności wyboru. I tu chcę podkreślić, że jest to właśnie poczucie, a nie jakaś dająca się wyrazić słowami racja.

Zetknęłam się kiedyś na oddziale patologii ciąży z kobietą, która leżała od początku ciąży i mimo powtarzających się krwotoków oraz bardzo niekorzystnej sytuacji rodzinnej nie zgodziła się na usunięcie płodu. Powiedziała: „Nie mogłam się na to zgodzić". Była w tym stwierdzeniu jakaś niezwykle głęboka i nie uzasadniona niczym zewnętrznym świadomość potrzeby macierzyństwa. Stykałam się też z kobietami, które mimo sprzyjającej sytuacji zewnętrznej nie czuły się na siłach podjąć decyzji o urodzeniu dziecka. Żadnej z tych postaw nie potrafię uważać za lepszą, albowiem każda z nich ma motywację wewnętrzną. Jest to na ogół motywacja, której źródeł trzeba by szukać w historii życia, w głębokich, nieuświadomionych warstwach psychiki kobiety.

Nie można czy też raczej nie powinno się określać formalnie prawa kobiety do usuwania ciąży. Nie sądzę bowiem, aby każda niewiasta traktowała płód tak samo. Powierzone kobiecie życie nie może być czymś, co ta ostatnia będzie uważała za sprawę obcą, narzuconą, której nie będzie w stanie zaakceptować. Ważne jest też otoczenie i jego nastawienie do ewentualnych narodzin nowego człowieka. Jeżeli w społeczeństwie dominuje przekonanie, że dziecko to nader niepewna lokata kapitału, jeżeli panuje ono także w najbliższym otoczeniu kobiety, to decyzja o urodzeniu dziecka może być traktowana jako przejaw beztroskiej nieodpowiedzialności i nie każda kobieta jest w stanie przeciwstawić się takiemu nastawieniu. Jeśliby więc można było tu nad czymś duszpastersko pracować — i tak się przecież robi — to właśnie nad społecznym nastawieniem do macierzyństwa, narodzin, dzieci.

Nie wystarczy jednak tylko działalność duszpasterska. Narodziny to problem społeczny mający swoje oczywiste ekonomiczne podłoże, zwane enigmatycznie problemem demografii. Bezwzględna na swój sposób ekonomia każe przyszłego człowieka traktować jako istotę, która z czasem stanie się wytwórcą. Ale przecież zanim to nastąpi, trzeba będzie w nią wiele zainwestować. Niechęć do inwestowania wyraża się, niestety, w sposób niebywale okrutny. Już urodzenie dziecka jest aktem, który wymaga oprawy medycznej, a więc inwestycji. Straszliwy stan położnictwa w Polsce dowodzi niezbicie, że inwestowanie w narodziny nie stanowi szczególnej ambicji społecznej.

Będąc pacjentką na oddziale położniczym, zastanawiałam się, choć pozornie okoliczności były nie po temu, czy ten stan rzeczy bierze się tylko z niedostatku ekonomicznego czy też z jakichś innych przyczyn. I wtedy uświadomiłam sobie, że jest to kwestia polityki społecznej. Ludzie pracujący w tym niełatwym zawodzie nie tylko mają niskie pensje, ale także nieznaczne poczucie doniosłości tego, co robią. I to nie dlatego, że są ludźmi niemoralnymi, ale dlatego, że brak wyraźnej troski państwa o rodzące się dzieci udziela im się, niweluje poczucie ważności ich pracy.

Jeśli dziecko i matka opuszczają szpital w dobrym czy też zadowalającym stanie fizycznym, to uważa się, że zrobiono wszystko należycie. Potem następuje etap uczęszczania do poradni „D", w której przemęczony pediatra z trudem wypełnia swoje obowiązki i z rzadka tylko jest skłonny zachwycić się faktem zaistnienia nowego człowieka. Wszystko to jest po prostu bardzo smutne. I na dodatek jeszcze — odczłowieczone. Tak więc wzniosłe racje teologii moralnej, a także uznanie życia za wartość niezaprzeczalną bardzo mi się podobają, tylko sugerowałabym, aby były one bliższe rzeczywistości społecznej.

Co do mnie, zupełnie świecko uważam, że urodzenie dziecka, będące wyrazem głębokiej potrzeby psychicznej, potwierdza poczucie sensu życia i stanowi akt utożsamienia się z gatunkiem. Jest to tak wielka sprawa, że nawet polskie położnictwo lat ostatnich nie jest w stanie jej zniszczyć. A wszystkim utylitarystom i sceptykom radziłabym poświęcić niedługą chwilę na wyobrażenie sobie, iż oto wszyscy zbiorowo utraciliśmy poczucie sensu życia i usunęliśmy ze swego zbiorowego łona nie narodzoną jeszcze ludzkość. Może ta chwila gorsza będzie od przewidywania najgorszych mąk piekielnych...

Ani na moment nie usuwam z pola widzenia faktu, iż matka jako podmiot sama (i jest to samotność zwłaszcza dla kobiet niewierzących całkowita) musi zdecydować o urodzeniu dziecka i że w związku z tym macierzyństwo nie staje się łatwiejsze, lecz staje się świadome. Tu pragnę wyrazić swój sprzeciw wobec zmiany nazwy społecznie ważnej instytucji. Otóż na fali po-mysłów agitujących na przykład do posiadania trojga dzieci (słynne 2+3) i w ogóle na fali propagandy na rzecz rodziny, całkowicie oderwanej od realnego życia społeczeństwa, przemianowano Towarzystwo Świadomego Macierzyństwa na Towarzystwo Planowania Rodziny, a następnie Towarzystwo Rozwoju Rodziny. Jestem skłonna zrozumieć, iż w grę wchodziła budująca tendencja do uwzględnienia także roli ojca itd., aliści w tytule pojawiło się, co prawda na pewien czas, słowo „planowanie". Trąciło ono niezaprzeczalnie ekonomicznym ujęciem problemu rodzenia dzieci i dlatego było, moim zdaniem, wysoce niestosowne. Ponadto nowe nazwy pominęły najistotniejszą dla całego zagadnienia sprawę — traktowanie kobiety jako pełnoprawnego podmiotu. Kto ostatecznie ma „planować" czy „rozwijać" rodzinę?

Autorom tych bardzo niefortunnych nazw całkowicie umknął głęboki sens moralny, jaki kryje się w zastosowaniu przymiotnika „świadomy" w odniesieniu do macierzyństwa. Chodzi o dwa znaczenia zawarte w tym słowie: o świadome decydowanie się na macierzyństwo.

a także, jak sądzę, o świadomość matki jako wielką i zagadkową siłę. Zetknęłam się z kobietą, która była organizatorką akcji ekshumacji zwłok w Warszawie po ostatniej wojnie. Otóż opowiedziała mi, zresztą z wielkim zdumieniem, bo to osoba racjonalnie myśląca, o niebywałym zjawisku. Matki wśród tysięcy zmasakrowanych i rozkładających się zwłok odnajdywały i rozpoznawały ciała swoich pomordowanych dzieci.

Związek matki z dzieckiem ma charakter w znacznej mierze trudny do werbalnego ujęcia, choć wiele poetyckich przekazów nosi znamię takich ambicji. Nie ulega jednak wątpliwości, iż rodząca się przecież wraz z dzieckiem matka jest istotą świadomościowo bogatszą o jakiś wielce zagadkowy pierwiastek. Toteż czysto świeckim żądaniem moralnym wydaje mi się postulowanie świadomego macierzyństwa, to znaczy proponowanie, by w takim macierzyństwie nie ze względów religijnych, ale właśnie świeckich, a nawet biologicznych widzieć gwarancję troski ludzi o losy ich gatunku.

Walka o zmianę w nastawieniu społecznym do problemu narodzin to walka o prawo do świadomego i spełnionego macierzyństwa. Tworzenie norm strzegących wartości, jaką jest gatunek, nie może się jednak odbywać na drodze zmian o charakterze prawnym, a już szczególnie prawo karne wyrządziłoby niewątpliwie więcej szkód, niż przyniosłoby pożytków. Jestem przekonana, że rozwojowi gatunku sprzyja rozwój świadomego macierzyństwa, nie ma natomiast sensu powrót do macierzyństwa przymusowego. Zastanowić się można co najwyżej nad racjami, które by taki status chciały macierzyństwu narzucić. Otóż poza racjami mającymi czysto teologiczny charakter jest jeszcze racja wskazująca, że przecież płód, o którego istnieniu decyduje matka, nie ma w jej decyzji żadnego udziału. Przejdźmy zatem na zakończenie do tego zagadnienia.