A A A

Racje nienarodzonego

Główną sprawą dotyczącą dziecka jest sprawa życia. Takie podejście jest typowe dla chrześcijańskiego światopoglądu. Nie rozważa się, bo być może byłaby to już całkowicie nieuprawniona spekulacja, jakości embrionu, jego dziedzicznych czy też społecznych szans rozwoju, tego, jakie są rokowania na temat jego ewentualnego losu, tego, co może dać ludzkości, lub jak dalece, zaistniawszy, może jej zaszkodzić. W końcu w historii można wskazać bez trudu postacie, których usunięcie zawczasu z łona matki nie byłoby w odczuciu nas wszystkich czymś takim zupełnie złym. Zabrnęłam tu w sferę całkowicie zakazaną i to zakazaną z kilku względów. Po pierwsze, jest to futuribilium — rozważanie, co by było z ludzkością, gdyby Hitler jako embrion został usunięty z łona matki. Po wtóre, oczywiście jest niemożliwe, aby o embrionie orzekać z góry, jakim zostanie człowiekiem, nawet jeśli się przyjmie stanowisko skrajnie zbliżone do Platońskiej anamnezy czy też będzie się uważać, jak współcześni genetycy, że zapis genetyczny określa przyszłego człowieka prawie zupełnie. Niezależnie bowiem od tego, co można by powiedzieć na temat embrionu, jest oczywiste, że wszystkie jego cechy są niemal całkowicie potencjalne. Zaczynają się ujawniać już w okresie życia płodowego, tego jestem pewna, ale nie są w stanie bronić swego istnienia. Ten element moralnych rozważań jest niebywale istotny, albowiem w spędzaniu płodu najbardziej przeraża mnie nie to, że przerywamy anonimowe życie, ale to, że jest ono całkowicie bezbronne.

Współcześni moraliści usiłują zresztą uczynić życie płodu nieanonimowym dla matki. Chcą, aby kobieta od chwili, kiedy uświadomi sobie swój stan — zwany nie bez racji odmiennym, choć nieco na wyrost błogosławionym — obdarzyła dziecko uczuciem. Bardzo istotne są tu badania psychologiczne dokonywane wśród kobiet ciężarnych. Okazuje się, że więź uczuciowa z nie narodzonym dzieckiem nie jest powszechna i niezależna od warunków, w jakich znajduje się przyszłą matka, a także od jej kontaktów z własną matką.

Spostrzeżenie, że stosunek matki do dziecka jest w znacznym stopniu określany przez uczuciową atmosferę, która ją otacza, wydaje mi się szczególnie cenne. Specjalista od tzw. analizy transakcyjnej Thomas Harris wskazuje nawet na konieczność psychoterapii ludzi oczekujących w dzisiejszym, pełnym zagrożeń świecie potomstwa, a położnik i psychiatra amerykański Gerald Caplan pisze: „Ciężarna kobieta potrzebuje więcej miłości, tak samo jak potrzebuje więcej witamin i protein. Dotyczy to szczególnie ostatnich miesięcy ciąży i okresu karmienia. Im bardziej kobieta akceptuje swój stan, im więcej miłości i troskliwości otrzymuje od otaczających ją ludzi, tym bardziej będzie macierzyńska dla swojego dziecka. Profesjonaliści nie mogą dać jej miłości, której potrzebuje, ale mogą zmobilizować członków rodziny, a w szczególności męża, do okazywania jej swoich uczuć. W naszej kulturze mężowie i inni krewni często obawiają się zepsuć przyszłą matkę i trzeba podjąć specjalne wysiłki, aby przeciwdziałać tym nastawieniom".

Z takich właśnie założeń wychodzą ci, którzy walczą o' zupełną zmianę emocjonalnej oprawy narodzin. Po pierwsze więc, na równi z troską o higienę i fizyczne bezpieczeństwo pojawia się dbałość o życzliwą atmosferę, obecność kogoś bliskiego. Czyni ona narodziny bardziej naturalnym i jednocześnie godnym aktem. Matka otoczona życzliwością i troską, dziecko rodzone spokojnie i troskliwie to istoty, których szok porodowy nie zniekształca psychicznie. Psychoza poporodowa jest nieszczęściem nie mniejszym niż infekcja.

Przechodząc od psychologicznego widzenia tej sprawy do nieco innego ujęcia, chcę powiedzieć, że skoro już na fakt własnych narodzin osoba rodzona nie ma wpływu, to niechże narodziny nie będą przynajmniej aż tak przykre. W pewnej francuskiej publikacji na ten temat znajduje się wspaniałe zdjęcie: po porodzie nad szczęśliwą, choć zmęczoną położnicą stoi dumna siła medyczna, trzymająca brutalnie za nogi maleństwo o niebywale nieszczęśliwym wyrazie twarzy... Od siebie mogę dodać, że nie widziałam istot wyglądających na bardziej zszokowane i nieszczęśliwe niż moje własne dzieci pokazywane mi tuż po urodzeniu. O życiu, które się tak zaczyna, można z przekonaniem mówić jak bohater powieści Dostojewskiego, iż jest ono „dane na obraźliwych warunkach".

Narodziny współczesnego człowieka są nadal faktem fizjologicznym. A jednak coś się tu zmieniło. Coraz mniejszy w nich udział tego, co biologiczne, coraz bardziej bierze się to z głowy, coraz mniej we współczesnej kobiecie Hery, coraz więcej Zeusa.

Ale tu już kończy się rozmowa o przeszłości i dylematach współczesnych, a zaczyna się rozmowa o przyszłości. Dla mnie przyszłość narodzin jawi się nie jako problem z dziedziny nauk przyrodniczych czy społecznych, lecz przede wszystkim jako dylemat moralny: Czy i jak rodzić dzieci?