A A A

Optymizm jako moralny obowiązek

Daleko idące zmiany w myśli chrześcijańskiej i następujący niemal równocześnie z nimi kryzys zaufania do nauki mają pewien wyraźny wspólny mianownik. Przed tymi, zdawałoby się, skrajnie różnymi światopoglądami stanął nagle wspólny problem: pytanie o sens ludzkiej egzystencji, o szansę przetrwania gatunku.

Paleontolog, mistyk i poeta Theilhard de Chardin jest optymistą. Ten optymizm zaś nie jest ani dogma- lem wiary, ani naukową hipotezą. To droga realizowania pewnej wartości. Wartość tę stanowi istnienie i rozbój gatunku ludzkiego.

Wyznania wiary w przyszłość gatunku nie da się przyporządkować do żadnego z obowiązujących schematów światopoglądowych. Jego mistycznego charakteru nie można zamknąć w ciasnych ramach słowa „idealizm", a jego naukowy wymiar nie dlatego jest istotny, że czyni Theilharda bliskim materializmowi. Albowiem ani nauka, ani religia nie są celami i nie określają drogi myślenia. Droga ta bowiem ma drogowskaz, na któ-rym napisano „przyszłość". Ten drogowskaz to moralny obowiązek zarówno dla ludzi wierzących, jak i dla ludzi niewierzących, zarówno dla tych, którzy uważają, że wartości moralne są zmienne, jak i dla tych, którzy uważają, że wartości mają charakter absolutny.

Optymizm Theilharda być może opiera się na przeświadczeniu o istnieniu boskiej opatrzności, ale niewiele różni go od laickiej wiary w poczucie odpowiedzialności uczonego za wyniki własnych badań i za to, jaki użytek z tych wyników może być zrobiony.

Jest nader charakterystycznym rysem Theilhardowskiej wizji świata, że optymizm wyrasta z ewolucjonizmu, a wiara w ludzki rozum związana jest z przeświadczeniem, iż ewolucja ma ściśle określony kierunek. Tym kierunkiem jest Bóg traktowany jako wartość. To, co jest pesymistyczne, co podważa przekonanie, iż kierunek ewolucji to droga do Boga, przeraża Theilharda. W październiku 1936 roku pisał on w liście do przyjaciela: „Przeraża mnie wpływ wywierany przez doktryny faszystowskie na umysły, które nie widzą w nich nic innego poza nadzieją powrotu do neolitu". To walczące stanowisko Theilharda, optującego za bezwzględną koniecznością wiary w lepszą przyszłość ludzkiego gatunku, porównywano do marksistowskiego, bojowego stanowiska. Niewątpliwie u Theilharda i u marksistów mamy do czynienia ze stawianiem na konstruktywne ludzkie działanie.

Tym, czego obawiać się można rzeczywiście i z czym walczyć by należało bez względu na światopogląd, jest utrata chęci do życia, utrata wiary w jego sens. Przeciw pesymizmowi, przeciw sceptycyzmowi występują ci wszyscy, którzy wierzą w realność idei postępu.

Kiedy Marks pisał, iż wysiłki ludzi powinny zmierzać do tego, aby nastąpił „pełny powrót człowieka do samego siebie, powrót dokonany świadomie i w oparciu o całe bogactwo dotychczasowego rozwoju", to jego optymizm jest równie jednoznaczny jak optymizm Theilharda, który wierzył, iż człowiek nie wyrzeknie się siebie w akcie autorefleksji.

Moje rozważania z dziedziny historii etyki kończę pytaniem, które obecnie, w obliczu tak wielkich rozterek i lęku przed zagładą gatunku, jest — jak sądzę — pytaniem podstawowym: Czy ludzkość nie podzieliła się na tych, którzy wierzą w przyszłość naszego świata, i na tych, którzy w nią nie wierzą? Co do mnie, chętniej znalazłabym się wśród tych pierwszych, albowiem zwycięstwo poglądu tych drugich jest klęską nas wszystkich.