A A A

Macierzyństwo

Czas chyba uprzytomnić sobie, że odkąd macierzyństwo stało się macierzyństwem z wyboru, zmieniła się istotnie nie tylko jego treść indywidualna, ale także zmienił się jego sens społeczny. Co za tym idzie — zmiana świadomości własnej istoty biologicznej staje się ważna dla historii ludzkości. Oczywiście nie jest ona żadnym jednorazowo ustanowionym faktem: dokonuje się i powoli kształtuje nowe formy kulturowe, zarysowuje nowe kontrowersje i — co być może najistotniejsze — stwarza nowe problemy moralne tak w życiu jednostek, jak w funkcjonowaniu całych społeczeństw.

Pytania, jakie stawiam sobie w związku z tym „przesuwaniem macierzyństwa z okolic podbrzusza w okolice głowy", brzmią następująco: Czy ta zmiana jest dobra dla kobiet, będących niewątpliwie podmiotem? Czy te zmiany świadomościowe są dobre dla gatunku? I wreszcie: Jaka jest relacja między interesem jednostki i interesem gatunku w tej sprawie?

Zacznę może od banalnego stwierdzenia, że jak świat światem kobiety szukały dla siebie patronek, które wspierałyby je właśnie w tych najboleśniejszych, często najbardziej tragicznych momentach życia, jakimi były porody. Kult Izydy, a w chrześcijaństwie kult Matki Boskiej to przejawy duchowej potrzeby szukania wsparcia w tych — właściwych tylko części ludzkości — przeżyciach. Tak jak obrządek pogrzebowy tradycyjnie powoduje wytworzenie się szczególnie mocnej i nie-zwykłej więzi między jego uczestnikami, tak też tradycyjnie wokół rodzącej wytwarzała się szczególna więź towarzyszących jej kobiet. Naturalna wzniosłość tego wydarzenia jest niekwestionowana. Ale tylko na pozór. Okazuje się — i tu zachowam się pewnie jak ewidentna przeciwniczka tak zwanego postępu — że we współczesnym społeczeństwie rutyna medyczna eliminuje w sposób nader okrutny tę niewieścią wspólnotę. Być może zwiększa to szansę przeżycia dziecka, być może ogranicza niebezpieczeństwo, na jakie w czasie porodu narażona bywa kobieta, ale jednoznacznie zuboża emocjonalnie narodziny. I nie jest to bez znaczenia ani dla osoby rodzącej, ani dla osoby rodzonej.

Sala porodowa jest miejscem, gdzie dzieją się rzeczy bardzo interesujące z psychologicznego, filozoficznego i moralnego punktu widzenia. Napięcia i strachu nie rozładuje zaufanie do lekarza. Zaufanie nie jest zresztą, niestety, przedmiotem szczególnej troski spadkobierców Hipokratesa. Atmosfera oczekiwania przeniknięta jest takim napięciem i strachem, że trzeba by wielkiego przełomu, aby ów nastrój zniwelować.

Kiedy słucham opowieści o tym, jak na przykład w Danii kobiecie rodzącej towarzyszy mąż, jak naturalnie i spokojnie może się odbywać przyjście na świat dziecka, to oczywiście doceniam starania takich ludzi jak profesor Fijałkowski — twórca szkoły rodzenia, ale nie widzę w nich wystarczającej siły, która mogłaby zmienić na większą skalę, tu i teraz, atmosferę polskich „porodówek". A przecież to właśnie medycyna stanowi społeczną oprawę narodzin. Jak więc można bez skrupułów walczyć w naszej rzeczywistości o zniesienie prawa do usuwania ciąży, skoro właśnie nastawienie ogółu do tych problemów jest pasywne, obojętne. Jak można zaczynać od problemów dogmatycznych, choćby to były nawet dogmaty wiary, a nie od pracy nad zmianą społecznego nastawienia do narodzin i zmianą medycznego wystroju całego wydarzenia. I nie namawiam tu do tworzenia klinik posiadających bardzo drogą i skomplikowaną aparaturę. Namawiam jedynie do pracy wychowawczej i propagandowej w służbie zdrowia, aby owa służba poczęła rzeczywiście służyć macierzyństwu, nie zaś traktowała je jako ewidentny przejaw nieodpowiedzialnej postawy pacjentek.